Podczas wyprawy na pierwsze zdobywane przez nas szczyty Korony Gór Polski, natrafiliśmy na food-truck z pizzką. Wygłodniali po marszu, skoczyliśmy opędzlować - jak się okazało - pyszną neapolitanę z wysokiej klasy dodatkami.
Wdaliśmy się w rozmowę z przemiłymi gospodarzami; oczywiście o jedzeniu, smakach, kompozycjach...
Od słowa do słowa okazało się, że sprzedają też sernik. Co prawda nie ich roboty, a znajomej z okolicy.
- Pewnie, bierzemy! - oznajmiliśmy ochoczo.
Szef przyniósł nam do zacienionego stolika spory kawałek nowojorskiego sernika.
- Smacznego! - życzył nam i już prawie wzięliśmy się do pałaszowania go, gdy uwagę Basi przykuły niebiesko-zielonkawe kropki w środku sernika.
- To chyba pleśń...- oznajmiła Basia.
- Dawaj, jemy! - apetyt wygrywał nad moim rozsądkiem.
- Pójdę zagadać... - powiedziała, zabrawszy mi sernik sprzed nosa.
Po chwili wróciła z szerokim uśmiechem i oznajmiła mi, że tak, że owszem: jest to pleśni, bo to sernik Quattro Formaggi - i jest w nim między innymi gorgonzola.
Zabraliśmy się za niego zaintrygowani i totalnie nas urzekł; feeria smaków: nuty od aksamitu mascarpone, przez pleśniową pikantność gorgonzoli, aż po solidną bazę ricotty (jak mniemam) i twarogu.
- Łooo... - nie mogliśmy wyjść z podziwu.
- To najlepszy sernik jaki jedliśmy. - zawyrokowaliśmy jednogłośnie.
Tak zrodził się pomysł na odwzorowanie go w domu. W budżetowej wersji, ograniczonej tylko do dwóch serów: twarogu i gorgonzoli piccante.
Klasyczny sernik z pikantną pleśniową nutą, dopełniony orzechami włoskimi.
Najlepiej smakuje gdy całość wystygnie, a ser stężeje.
Smacznego!